Publicystyka

 

            „Strzeżcie się komitetów, konfederacji i porozumień intelektualistów. Nie wierzcie oświadczeniom wychodzącym z ich zwartych szeregów. Nie traktujcie poważnie ich opinii na temat przywódców politycznych i ważnych wydarzeń”

 

            Takie słowa kończą „Intelektualistów” Paula Johnsona, w których omawia on, z dziennikarską żyłką i historyczną precyzją, dzieje kilkunastu bardzo znanych postaci, od J.J Russeau poczynając, nie omijając Marksa i dochodząc do lewicowych bohaterów XX wieku. Anglik pokazuje, jak niebezpieczne są konsekwencje ich inżynierii społecznej, używa też argumentów z życia prywatnego tych postaci, wykazując, jak naciągane są legendy krążące o nich do dziś.

            Współczesnym intelektualistom nie przeszkadza to jednak w niczym. Nadal, i to często z ogromnym powodzeniem, wpływają na życie mas ludzie, którzy zdążyli się już dawno skompromitować. Mimo tego ciągle nazywa się ich „autorytetami moralnymi”, bo popyt na takie osobniki nie słabnie.

            Polska jest tutaj szczególnie bolesnym przykładem. Któż zliczy wszystkich tych piewców stalinizmu, później „realnego socjalizmu”, którzy, widząc co się święci, w odpowiednim momencie zmienili banderę i nadal stoją  tuż obok sternika tej naszej narodowej łajby. Nie będziemy tutaj, rzecz jasna, wymieniać nikogo z nazwiska, (o Noblistce to nawet nie wspomnimy). Lud bowiem potrzebuje ich tak bardzo, jak kiedyś potrzebował czarowników plemiennych, za pierwszych cywilizacji zwanych kapłanami, aby wyznaczali drogę i mogli usprawiedliwić największy idiotyzm. A władza – cóż – ta zawsze z tego korzystała; łatwiej przecież płacić jednemu pisarzowi niż tysiącom żołdaków. Całe szczęście, że świat jest jednak tak urządzony, że na masę łajdaków przypadnie też ktoś przyzwoity. Kasta twórców też poddaje się temu  prawu. Mamy Łysiaka. Co więcej, jest to Łysiak walczący.

            Orężem posługuje się doskonale, porównanie do jednego z jego ulubionych postaci, Napoleona Bonaparte, ciśnie się nieodparcie. Nie ma dwóch zdań; można nie zgadzać się celami, w jakie Łysiak kieruje swą oręż, ale nie sposób odmówić mu wirtuozerii w posługiwaniu się nią. Forma ta powinna być zalecana studentom dziennikarstwa, i tak rzeczywiście się dzieje (Janina Fras, „Dziennikarski warsztat językowy”).

            Zachwyty nad formą należą się z jeszcze jednego powodu. Czytając teksty naszego protagonisty trudno nie odnieść wrażenia, że bardzo mocno angażuje się on emocjonalnie w swoje wypowiedzi – to jest dziennikarstwo walczące, a zarazem logiczne, zwięzłe i konsekwentne. Robi takie wrażenie, jakie możliwe byłoby do uzyskania na sali sądowej, gdyby doszło do procesu, w którym najlepszy adwokat kraju broniłby swych najukochańszych dzieci.

            Ale wróćmy do treści – pejoratywnego, mówiąc delikatnie, stosunku do „autorytetów moralnych”, bo sprawa ta wymaga sprecyzowania. Otóż osobistościami, której najwięcej obrywają, jest grupa lewicujących intelektualistów, tak mocno promowana przez niektóre środowiska naszego kraju. Krytyka ta ma źródło w jego konserwatywnych poglądach oraz, a może przede wszystkim, w jego wrażliwości. Te pierwsze nie są związane z jakąś konkretną partią polityczna, choć niedaleko im do UPRu czy środowiska skupionego dzisiaj wokół PiSu.  Ta druga, no cóż – kwestia smaku – jak mawiał zmarły niedawno geniusz naszej poezji. Smaku, który nie zapomniał, że pewni ludzie podbili ten kraj 50 lat temu za pomocą sowieckich czołgów, nie zapomniał, że ulubioną metodą pozyskiwania danych przez tą zgraję było metodyczne bicie, pamięta pachołków Kremla dokładnie. Pamięta, w końcu, jak chętnie pałki i kolby karabinów, znajdywały sprzymierzeńców wśród naukowców i twórców.

            Działalność „postępowych intelektualistów”, szczególnie na arenie międzynarodowej, to nie tylko obrona ludzi zdymisjonowanego systemu. To także promocja ideałów lewicy współczesnej – permisywizmu, relatywizmu, kosmopolityzmu – dla  każdego coś miłego. I dla Łysiaka także – ma okazję, żeby flekować „akrobatyczny seks” i „róbta, co chceta”. Ku naszej uciesze, bo każdy lubi przecież magię słowa.

 





Copyright © 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone