Rzeczpospolita, 06.12.03 Nr 284

Łysiak na brzegu rzeki

autor: Krzysztof Masłoń 

Waldemar Łysiak zmienił wydawcę, ale i nic poza tym. W dalszym ciągu, nie zważając na temat książki, prezentuje swe poglądy polityczne, historiozoficzne rozważania inkrustując czysto osobistymi impresjami, przy czym trudno orzec, czego jest więcej w tych literackich popisach - erudycji czy megalomanii. Jego najnowsze dzieło - "Empireum" aż prosi się o redaktora, ale takiego, którego uwagi autor brałby pod uwagę. A taki chyba się jeszcze nie urodził.

Powiedziawszy, co zostało powiedziane, stwierdzić należy następnie, i to jednym tchem, że "Empireum" jest dziełem szlachetnym, książką arcypolską, bardzo potrzebną w dobie ekspansji najrozmaitszych "-izmów", w mniejszym lub większym stopniu prowadzących do wynarodowienia odbiorców kultury, czemu wielu z tych ostatnich poddaje się zadziwiająco ochoczo.

Wydawniczy ewenement

"Patriotyczne Empireum Bibliofilstwa, czyli przewodnik po terenach łowieckich Bibliofilandii tudzież sąsiednich mocarstw", bo taki jest pełny tytuł tej luksusowo wydanej (w dwóch tomach, na kredzie) księgi, ma za patronkę... Matkę Boską. Taki patronat - zdaniem Waldemara Łysiaka - znajduje uzasadnienie, jako że Najświętsza Maria Panna jest patronką narodu polskiego, "a katolicyzm fundamentem, duchem tudzież konstruktywnym szkieletem całej jaźni i kultury polskiej, tak jak chrystianizm w ogóle był fundamentem, budulcem i spoiwem średniowiecznej tudzież nowożytnej Europy".

Czy jednak trzeba było sięgać po aż tak wysokie wsparcie dla książki, było nie było, o kolekcjonerstwie? Zdaniem Łysiaka - tak, gdyż bibliofilstwo to hobby patriotyczne, "jeden z ostatnich bastionów patriotyzmu". I podpiera się cytatem z Jerzego Pomianowskiego: "Tradycja - to te starocia, bez których nie można sklecić niczego nowego". Z tym się akurat w stu procentach zgadzam, jak również z Łysiakowym polocentryzmem; polocentryzmem, z którego dziś trzeba się tłumaczyć, a przecież, jak powiadał Paweł Hertz: "Naszym obowiązkiem jest być polocentrycznymi, po prostu dlatego, że nie możemy być innocentryczni". Bóg z tymi, którzy uważają inaczej.

"Empireum" Waldemara Łysiaka traktuje o różnych rodzajach bibliofilstwa - o starodrukach i sztychach, dawnej literaturze dziecięcej i pocztówkach patriotycznych. Dzieło to, będące w pewnym sensie kontynuacją "Wyspy zaginionych skarbów" tego samego autora, skierowane jest głównie do początkujących zbieraczy ksiąg wszelakich. "Niech się rozsmakują" - rzecze Łysiak, przytomnie sugerując, że za efekt tej propagandy i reklamy bibliofilstwa antykwariusze powinni mu zapłacić procent od zwiększonych zysków. To oczywiście żart, ale prawdą jest - co autor stwierdza w dalszym ciągu - że "Empireum" stanowi wydawniczy ewenement. Tyle że sam nie powinien o tym mówić, a raczej poczekać na podobne konstatacje krytyków. (Skądinąd trudno się Łysiakowi dziwić, gdyż krytyka o jego książkach od dawna już milczy.)

Czaszka Napoleona z lat młodzieńczych

Z miłością opowiada Waldemar Łysiak o swoich zbiorach (posłużyły one w "Empireum" za materiał ilustracyjny - 1100 (!) ilustracji na 700 stronach). Oczywiście, najcenniejszym eksponatem jest wśród nich pierwodruk "Trenów" Jana Kochanowskiego, ale i innych rarytasów nie brakuje. Choć "polski król kolekcjonerów", jak nazywają niekiedy Łysiaka dziennikarze, wcale nie przecenia starodruków, wyżej stawiając np. unikatową kolekcję literatury dziewczęcej doby międzywojnia, którą zebrał dla córki. A w ogóle co pewien czas, systematycznie, przypomina, że bibliofilstwo jest sztuką, wymaga ogromnej wiedzy - głównie historycznej, znajomości dzieł kultury, erudycji. "Kupiony starodruk nie czyni nabywcy bibliofilem par excellence" - stwierdza autor "Empireum", podśmiewając się z szybko wzbogaconych nuworyszy, którzy wykorzystują każdą okazję, by poprawić sobie samopoczucie. Jak się okazuje, także na aukcjach antykwarycznych.

Z estymą wyraża się natomiast Łysiak o swoich partnerach w bibliofilskich peregrynacjach, świetnych zbieraczach i antykwariuszach z Andrzejem Osełką i Michałem Hilchenem na czele. Generalnie, towarzystwo kolekcjonerów ksiąg uważa za godne, wyrażając przypuszczenie, że w Sejmie byliby oni frakcją sensowniejszą niż niegdysiejsza Polska Partia Przyjaciół Piwa "tudzież niektóre obecne tam dzisiaj partie głupków, łapowników i judasików". Przychyliłbym się do tego zdania.

Poszczególne rozdziały "Empireum" poświęca autor m.in. introligatorstwu, a przede wszystkim pięknym oprawom wydawniczym, literaturze patriotycznej XIX wieku, patriotycznym pocztówkom, encyklopediom, śpiewnikom, ale i zagadce "Reduty Ordona" Adama Mickiewicza (nie chodzi tylko o to, że w różnych edycjach armaty w tym wierszu raz "grzmiały", a innym razem "grały"; znaków zapytania jest więcej) i książkom łajdackim, za jakie Łysiak uważa "Kapitał" Marksa i "Protokoły Mędrców Syjonu", i miłym sercu autora piłsudczanom (autor posiada m.in. reprodukowany w "Empireum" zbiór świetnych karykatur marszałka).

Naturalnie, nie mogło się w książce Waldemara Łysiaka obyć bez, nie tylko zresztą książkowych, napoleonianów. Rozdział dotyczący eksponatów związanych z cesarzem francuskim zatytułował autor wymownie: "BBB (Bibliofilstwo Bonapartystowskie Bałwochwalcze). W domu pisarza, wśród ciekawych pamiątek po Napoleonie, między wieloma księgami spoczywa czaszka. Pytany o nią, Łysiak odpowiada spokojnie, że to czaszka Napoleona z jego lat młodzieńczych...

Ostatnia reduta

Oprowadzając czytelnika po swoich zbiorach, opowiada mu także Łysiak o sobie. I to jest zaleta tej książki, z której m.in. dowiadujemy się, dlaczego autor nie został architektem mimo ukończenia stosownych studiów, i - jeśli ktoś umie czytać między wierszami - dlaczego wielce krytycznie, a nawet z lekceważeniem wyraża się o polskiej arystokracji, kpiąc sobie z błękitnej krwi, z którą nie idzie w parze wiedza i praca. Co oczywiście nie znaczy, by tak wytrawnego bibliofila nie interesowały herbarze, w końcu kolekcjonerskie perełki.

Bardziej bulwersuje powtarzana już przez Łysiaka któryś raz, naturalnie - bez specjalnej okazji, teza o tym, że naszemu "ludowi" w PRL zupełnie nie przeszkadzała wasalność polityczna i gdyby miał tylko zapewnioną "kiełbasę do kilonka", nigdy nie byłoby żadnego Poznania, Radomia, Ursusa, Szczecina i innych buntów "klasy robotniczej". "Gdybyście słuchali taty Łysiaka - stwierdza sentencjonalnie autor - wiedzielibyście o tym już dobre kilka lat temu".

Można by pomyśleć, że gdyby nie kolekcjonerzy, Polska przepadłaby z kretesem. Wcale nie żartuję: "W kretyniejącym, tracącym godność i przyzwoitość, intermodernizującym się plemieniu Polan kolekcjonerstwo zostało ostatnią redutą lub wręcz ostatnią katakumbą patriotyzmu" - czytamy w "Empireum".

Nieznośne jest przeświadczenie Waldemara Łysiaka o swoich racjach i manieryzm jego języka, bo o historii i tradycji pisać można równie dobrze, a pewnie i lepiej, nie popadając w staropolszczyznę, nie nadużywając archaizmów i wielkich słów, dla podkreślenia ich wagi pisanych wielką literą.

Ale gdy Łysiak pisze o kresowianach, gdy opowiada o wydawnictwach tyczących się obrony Lwowa i Orląt Lwowskich, od pierwszego słowa wiem, że te stronice pisane są sercem. I że nie bez powodu ten pisarz, wcale niemający z kresami specjalnych związków - mama była wielkopolanką, ojciec urodził się w Niemczech - za symboliczną dla poruszanej przez siebie tematyki uznaje "Pieśń o ziemi naszej" Wincentego Pola i wskazuje palcem jej poznańskie wydanie z 1865 r. z miedziorytami S. Łukowskiego i stalorytami J. Outhwaite'a według rysunków Jerzego Kossaka - "Litwą", "Żmudzią", "Wołyniem", "Ukrainą", "Podolem". "Rymy Pola o tych krainach są istotnie pieśnią o ziemi n a s z e j! - czytamy. - Ziemi ukradzionej nam przez totalitaryzm". W historii jednak, uważa Łysiak, nie ma nic na zawsze, a będąc rodzaju żeńskiego, jest ona nieprzewidywalna. Dlatego, wynajdując analogie z mającymi trwać wiecznie imperiami Persów, Habsburgów, III Rzeszą i ZSRR, autor "Empireum" nie ma zamiaru wszczynać kolejnych awantur wojennych o Lwów czy Wilno, zapowiada natomiast co innego: "usiądę na brzegu rzeki i spokojnie poczekam, aż spłyną trupy wrogów. Za 50 lat, za 100 zim, za 300 wiosen - prędzej czy później. Jestem równie cierpliwy jak historia jest nieprzewidywalna i pomysłowa".

Con amore

Autor "Empireum" zwraca uwagę na specyficzną odmianę bibliofilstwa, często z nim utożsamianą, a mianowicie na bibliomaniactwo. Wykazuje przy tym dla bibliomaniaków maksimum zrozumienia, z czym nie mogę się pogodzić, mając w rodzinie do czynienia z ciężkim przypadkiem książkowej choroby, która doprowadziła zupełnie porządny dom do stanu zapaści. Jest to bowiem mania niebezpieczna, a do tego - z czego Łysiak doskonale zdaje sobie sprawę - pozostająca często w sprzeczności z etyką. Nie z etyką zbieracza, a skądże, ale z moralnością mniej specjalistyczną. Naprawdę, oszustwa dokonywane przez znawców tematu, kupujących cenne księgi za grosze od naiwnych właścicieli, najprzeróżniejsze fałszerstwa kolekcjonerów pachną niepięknie, tymczasem Waldemar Łysiak zdecydowanie potępia jedynie złodziei książek (oczywiście, najbardziej tych, którzy ośmielili się naruszyć jego księgozbiór; biada m.in.: "Trzy razy pożyczyłem wolumin z mego zbioru i żaden już do mnie nie wrócił"). Z zachwytem cytuje natomiast "Wspomnienia zbieracza" T. Płachcińskiego z przełomu wieków XIX i XX i z wyraźnym współczuciem opowiada o przypadku hiszpańskiego mnicha, Don Vincente, skazanego na śmierć w 1836 r. za wielokrotne morderstwa. Kochał on księgi tak bardzo, że zrzucił habit i otworzył antykwariat, ale tak mu było żal rozstawać się ze szczególnie pięknymi tomami, że "rewindykował" je za pomocą sztyletu. Na ławie oskarżonych rozpłakał się, nie ze skruchy jednak, lecz dlatego, że uświadomiono mu, iż dzieło, którego nie udało mu się nabyć na licytacji, a dla posiadania którego popełnił zbrodnię, nie istnieje - jak przypuszczał - w jedynym egzemplarzu, lecz jest ich co najmniej dwa, a może nawet trzy lub cztery. Ostatnim życzeniem Don Vincente było przekazanie jego księgozbioru do biblioteki miejskiej w Barcelonie, żeby nie uległ on rozproszeniu. "To była moja jedyna miłość" - oświadczył ów nieszczęśnik.

"Słyszycie tę nutkę erotyzmu? - pyta Waldemar Łysiak. - I nie mylicie się - dla bibliofilów klasyczne con amore właśnie to oznacza".

Waldemar Łysiak "Empireum", t. 1 - 2, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2004

Krzysztof Masłoń




Copyright (c) 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone