Tygodnik Solidarność, nr 51-52 (795-796) 19-26 grudnia 2003

Raj płomienisty

autor: Waldemar Żyszkiewicz

Krasnoludki istnieją, za to Napoleon Bonaparte był tylko mitem. Bibliofil Łysiak dowodzi tego, powołując się na konkretne źródła ze zbiorów własnych. Z lektury "Empireum" wynika, że drugiej takiej kolekcji być nie może.

I to wcale nie ze względów finansowych. Choć nie da się ukryć, że uprawianie pasji zbierackiej natrafia na poważne przeszkody również i z tej strony. Jednak obcowanie z najnowszym dziełem Waldemara Łysiaka może co wrażliwszych czytelników doprowadzić do sporej huśtawki emocjonalnej. Dlaczego? Może dlatego, że - według starożytnej kosmologii - empireum to wprawdzie najwyższa i czysta, ale także płomienna sfera niebiańskiego bytowania. Czy w ogóle jeden człowiek jest w stanie zgromadzić podobną do Panałysiakowej kolekcję białych kruków?

Zbrodnie miłości
Ludzkiego życia na to nie starczy. Tu potrzeba bibliofila, a właściwie bibliomaniaka, kogoś zdolnego do wyrzeczeń i ascezy, owładniętego instynktem łowcy i gotowego do sporów z żoną o przestrzeń potrzebną dla wciąż "puchnących" zbiorów. Autor "Empireum", choć podkreśla szlachetność kolekcjonerskich pasji, a miłośników gromadzenia starodruków, map, grafik uważa za rodzaj duchowej oraz intelektualnej elity narodu, wcale bibliofilów nie idealizuje, dobrze wiedząc, że nie tak trudno przekroczyć "cienką, czerwoną linię" dzielącą umiłowanie od groźnej manii.
Kradzieże. Podróbki starodruków. Oszustwa, wyłudzenia, a nawet zbrodnie popełniane przez bibliomaniaków. Lista grzechów popełnianych "z miłości do ksiąg" jest długa. Wymowny przypadek zazdrości o bibliofilski nabytek przedstawia, cytowany przez Łysiaka, Kazimierz Władysław Wójcicki ("Warszawa i jej społeczność...", 1874): "Wiesz, panie dobrodzieju, pan Jan spolował herbarz Gorczyna, i to u Żyda, niedaleko Św. Krzyża! Spotkałem go, gdy niósł do domu tę zdobycz! Nie dał mi nawet w ręce, z daleka pozwolił tylko tytuł przeczytać! (...) Żeby to nie na ulicy, byłbym mu wydarł i uciekł... Niechby mnie procesował, zapłaciłbym co by chciał, ale Gorczyna miałbym w kieszeni!". A więc ostrożność "pana Jana" okazała się całkiem uzasadniona.

Rady dla adeptów
"Empireum", dwa tomy z quasi--półskórkową oprawą w sztywnym futerale, to blisko siedemset stron druku i 1100 wspaniałych reprodukcji na "kredzie". Wszystkie zdjęcia obiektów ze zbiorów Łysiaka są dla lepszego efektu wizualnego wydrukowane na czarnym tle. Wymaga to pewnej wprawy w obchodzeniu się z książką, gdyż nawet najlżejszy dotyk pozostawia na tej powierzchni, fachowo zwanej aplą, odciski linii papilarnych. Wspominam o tym, ponieważ autor oświadcza, iż roztaczaną tu wizją "niebiańskich rozkoszy" chce zachęcić początkujących bibliofilów do pójścia w swoje ślady.
Liczy się pomysł, pasja i konsekwencja w prowadzeniu poszukiwań. Zamiłowanie do szperania, wyszukiwania, ale także do studiów i samorozwoju - twierdzi kolekcjoner z Saskiej Kępy. Jego zdaniem, są wprawdzie dziedziny praktycznie niedostępne dla 99,9 proc. miłośników, ale nawet za niewielkie pieniądze można stworzyć unikatową, interesującą, bo sprofilowaną tematycznie kolekcję książek, opraw czy choćby kart pocztowych. Sam Łysiak jest np. bardzo dumny ze zbiorów tzw. opraw nakładowych książek dla dzieci i młodzieży wydawanych w XIX oraz z początkiem XX stulecia. Podaje przykłady - i myślę, że można tym wyliczeniom wierzyć - że zwykle "zaczytywane na śmierć" egzemplarze tych książek bibliofilsko stanowią dziś większą wartość niż starodruki! Nawet przy uwzględnieniu chęci do sprowokowania kolegów z branży, teza Łysiaka wydaje się dość prawdopodobna. Choćby dlatego, że cenne starodruki, inaczej niż "Pollyanna", "Robinson Crusoe" czy "Winnetou", już od dawna bywały otoczone bibliofilską opieką, co niewątpliwie ułatwiało tym woluminom przetrwanie licznych w polskiej historii wojennych zawieruch.

Czy te usta mogą kłamać?
Dygresyjny wykład Łysiaka, zresztą o dużych walorach poznawczych, należy czytać na trzy sposoby. Jako opowieść o teorii i praktyce bibliofilstwa, czyli skłonności do znawstwa i gromadzenia książek. Jako przyczynek do burzliwych dziejów ojczystych oraz apologię zohydzanej w postmodernistycznym świecie postawy patriotycznej. Wreszcie jako platformę, dzięki której autor "Stulecia kłamców" konsekwentnie ignorowany przez demoliberalne media, może odnieść się do najważniejszych, już pozabibliofilskich, problemów naszej współczesności.
Łysiak umie się dzielić swoją wiedzą niejako mimochodem. "Tłoki puste", "superekslibrisy", "dublury", "oprawy wydawnicze". Tu przypomni anegdotę, tam zażartuje, a przy okazji sprzeda w atrakcyjnej dla czytelnika formie refleksję teoretyczną, zaproponuje udoskonalenia językowe, nie tylko w zakresie terminologii fachowej, ale nawet polskiej ortografii. Potrafi szybko od przykładów śmiesznych, lecz nieraz bardzo złośliwych literówek przejść do diabelskiego rodowodu tzw. chochlika drukarskiego, który już Gutenbergowi sprawił wiele zgryzoty przy drukowaniu Biblii! A od egzegezy "prawdziwych kształtów" przypisanych Mefistofelesowi przez Goethego - do jakże trafnych konstatacji współczesnych.
"Główne dzieło magiczne Fausta, ŤHöllenzwangť, zawiera wykonany przez autora konterfekt en pied Mefistofelesa. Widzimy jowialnego grubaska nikczemnego wzrostu, istną beczułkę z łysą łepetyną i gigantycznymi, odstającymi uszami (wypisz, wymaluj Jerzy Urban, biesiadny kumpel Adama Michnika; po hebrajsku Mephi-tofel to Ťusta kłamstwať)" - punktuje dociekliwy Łysiak.
Kapłan i żołnierz
Bibliofil kocha książki. A książka poprzez swą zawartość, ikonografię, ale zwłaszcza przez język zakorzenia człowieka "w sprawach ojczyźnianych". Buduje jego narodową tożsamość. Takiemu przekonaniu - sugestywnie, wartko i ze swadą - daje Waldemar Łysiak wyraz w swojej dylogii. I właśnie za to myślenie po polsku, za ten charakterystyczny styl od lat kochają go czytelnicy.
Jak trzeba, Łysiak "ukręci" patriotyzm z szat, mundurów wojskowych, z narodowych czy ludowych strojów. Pisze w "Empireum": "Stroje liturgiczne otacza nimb świątobliwości; stroje wojskowe - nimb waleczności. Te pierwsze pachną kadzidłem - te drugie prochem. Branżową aurą owych pierwszych jest transcendencja; tych drugich - ryzyko bojowe grożące śmiercią".
Dlaczego żołnierski strój kiedyś tak pełen barw i przepychu, dziś zszarzał, nabrał zgrzebności, upodobnił się do otoczenia? - zastanawia się pisarz. Oczywiście, istotny jest wskaźnik kosztów - kiedyś armie nie były tak liczebne. Nie było też obowiązkowej służby wojskowej, więc kipiący kolorami mundur miał ułatwiać pracę werbownikom, bo nęcił młodych. Ponadto paradny strój odgrywał rolę stymulatora, podnosił morale żołnierza. Jednym z ostatnich, którzy rozumieli to mobilizacyjne znaczenie pięknego munduru, był Cesarz Napoleon! Wieloletni idol pisarza - o tej idolatrii Łysiak mówi bez skrępowania, a nawet chyba już z odrobiną autoironii - przed ważną bitwą wydawał swoim żołnierzom rozkaz przebrania się w mundury paradne. Zdejmowano wtedy pokrowce z ozdób, zakładano wszystkie ordery... Po roku 1870 barwne mundury zniknęły z pola walki. Można powiedzieć, że swoiste naśladowanie godowych barw samców ustąpiło wtedy idei mimikry.

Integralnie niepoprawny!
Łysiak twierdzi, że w PRL - niestety, po 1989 również! - honor, poczucie godności i odwaga cywilna wyparowały właściwie z całej sfery życia publicznego. Nie jest to diagnoza przyjemna ani pożądana. Ale autor "Empireum", obrońca tradycyjnej integralności osoby ludzkiej, nie boi się głosić rzeczy niepopularnych. Naraża się tezą o trwałej polskości Kresów Wschodnich, a zwłaszcza Lwowa i Wilna. Postuluje równy dystans wobec Rosji i Niemiec. Pisze: "Im goręcej nie cierpiałem przywleczonego siłą z Rosji komunizmu, w którym przyszło żyć memu pokoleniu - tym niżej kłaniałem się cieniom tego twardziela (tj. Napoleona - wż), u którego boku tłukliśmy Kacapów i zajmowaliśmy Moskwę". Ale również: "Czyż to nie on (Mefistofeles - wż) pomieszał we łbach i sumieniach współczesnym nam Niemcom, skłaniając ich, by twierdzili dzisiaj publicznie, że głównymi ofiarami II Wojny Światowej byli Niemcy i Żydzi, których mordowali barbarzyńscy Polacy i jakieś enigmatyczne, beznarodowe plemię nazistów?".
Oczywiście, bardzo to niegrzeczne, więc niepoprawny Łysiak nie istnieje w sferze kreowanej przez tzw. wielkie media III RP. Dobrze, że mamy przynajmniej jego książki.


Waldemar Łysiak, "Patriotyczne empireum bibliofilstwa, czyli przewodnik po terenach łowieckich Bibliofilandii tudzież sąsiednich mocarstw", Wydawnictwo Nobilis - Krzysztof Sobieraj, Warszawa 2004.




Copyright (c) 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone