Wtorek - 30.09.2003

TV4 - "Joker"

Program prowadzi Wojciech Malajkat

"Czy można dzisiaj dobrze wychować dzieci?"

 

Wojciech Malajkat: Naszym kolejnym gościem będzie człowiek o pewnej sprzeczności wewnętrznej, że tak ujmę rzecz. Otóż kategoryczny przeciwnik liberalizmu, który to liberalizm napłynął z Ameryki, którą to Ameryką jest wprost zachwycony nasz gość, sławny pisarz, jego ulubionym piosenkarzem jest Elvis Presley, pan Waldemar Łysiak.

Panie Waldemarze, ma Pan dzieci.

Waldemar Łysiak: Tak, dużo.

W. M.: Ile?

W. Ł.: Troje.

W. M.: No i jak Pan je chowa?

W. Ł.: Ja już ich nie chowam. One są już wychowane. To znaczy jeszcze ostatni Jędrek, ma 18 lat, ale dwoje jest już wychowanych i to dobrze wychowanych. I zdają sobie z tego sprawę i dziękują mi za to.

W. M.: Czyli.. dobrze czyli jak?

W. Ł.: Czyli na przyzwoitych ludzi, najkrócej mówiąc.

W. M.: Ale wie Pan...

W. Ł.: Na ludzi z łatwością odróżniających dobro od zła.

W. M.: Bo nie chcemy dzisiaj mówić, specjalnie nie chcemy mówić o tym krótko i lakonicznie, dlatego będę Pana wypytywał i dopytywał się gruntownie i proszę wybaczyć jeśli będzie Panu jakoś nie na rękę. Dobrze wychowane dzieci potrafią odróżnić dobro od zła, jak Pan powiada, tak?

W. Ł.: To najkrócej mówiąc.

W. M.: Najkrócej mówiąc, ale jak to się Panu udało. Karał Pan, wymagał?

W. Ł.: Karałem, wymagałem. Ale nie tylko.

W. M.: Karał Pan swoje dzieci klapsem?

W. Ł.: Klapsem, krzykiem, nakazem, rozkazem, zakazem. Oczywiście to wszystko w pewnych normach, które uważam za dopuszczalne, ale jednocześnie starałem się mieć cały czas kontakt bliski z dzieckiem, według tego modelu o którym mówiła Pani Kurowska. I to już nie tylko to o czym ona mówiła - wspólne czytanie książek i tak dalej. Trochę nie bardzo sobie wyobrażam to wspólne czytanie książek, może bajeczki i tak dalej, bo książki się raczej czyta samemu. Natomiast no przykładowo, to jest tylko jeden przykład: wymyśliłem dla moich dzieci, przez zupełny przypadek, pewne życie, pewną historię krasnoludkową, wymyśliłem czterech krasnoludków: Bimbak, Pipeusz, Gapcio i Bobaczek. Tak się nazywali. Gapcia tylko ukradłem disney`owi, Bimbak jak sama nazwa wskazuje był tym luzakiem takim, bimbającym na wszystko. I każdy z moich dzieci potwierdzi że praktycznie jeśli nie byłem wtedy za granicą w tym czasie, czy jeśli nie byłem w Warszawie, nie było takiego wieczoru, żeby dziecko nie zasypiało z ojcem siedzącym na brzegu łóżka i improwizującym, bo ja siadając na tym brzegu, nie miałem pojęcia jaka to przygoda. To czterech krasnoludków którzy mają domek w lesie i współżyją z tymi zwierzaczkami w tym lesie, i co wieczór mają inną przygodę. Ja to improwizowałem, i każde z trojga moich dzieci, przez całe lata, i to praktycznie nie było snu bez tego: "tato baka -bajka", "tato baka". Czasem tam spóźniłem się bo byłem w kuchni czy gdzieś: "tato baka!" - bez tego nie ma snu.

W. M.: A za co Pan karał - proszę nam powiedzieć, jeśli to nie tajemnica.

W. Ł.: Za niegrzeczność.

W. M.: Ale niegrzeczne dziecko to jakie? Takie co... co robi?

W. Ł.: Dziecko które przekracza pewne granice, gdzie trzeba włączyć jakiś hamulec.

W. M.: Właśnie chcemy je nazwać, te zachowania chcielibyśmy nazwać, żeby Państwo którzy nas oglądają - o Łysiak to popatrz, dziecko nie tak położyło rękę i dostało klapsa.

W. Ł.: Nie, nie, nie. Łysiak nie jest barbarzyńcą. To nie tak. To nie jest tylko to, ja tu troszkę słuchając pani Kurowskiej śmiałem się, bo ona powiedziała, że skarciła by dziecko za coś takiego że rzuciło by frytką w starszą kobietę. Ja sobie pomyślałem - a w młodszą to można? Chyba nie bardzo. Więc to jest cała gama zachowań, to są rzeczy często bardzo delikatne, często bardzo drobne, które należy hamować. Oczywiście pierwszym stopniem tego hamowania to jest słowo, to jest perswazja: "Tomeczku tak nie wolno, Tomeczku tak się nie robi". Jeżeli to nie skutkuje, czy jeżeli to się powtarza, to ten klaps jest niezbędny, tutaj była mowa o tym klapsie.

W. M.: Bo nowoczesne książki zabraniają, mówią że to jest okaz słabości  rodzica, że sobie nie umie poradzić.

W. Ł.: To jest bzdura. Dziecko powinno być wychowywane, jakkolwiek to słowo by źle brzmiało -  w pewnej dyscyplinie. Cudów nie ma. Brak tej dyscypliny to właśnie skutkuje teraz w tym co mamy z młodzieżą  na całym świecie. Ci którzy tego klapsa krytykują, to są demagodzy, którzy używają skandalicznego argumentu, to jest ich podręczny argument, że ten klaps to jest katowanie, czy znęcanie się nad dzieckiem. To jest zupełny absurd. Oczywiście, że w wielu rodzinach zwłaszcza patologicznych, istnieje katowanie dzieci, ale to jest patologia, to jest przestępstwo, za to powinno się do więzienia iść. To jest oczywiste. Natomiast ten klaps jest niezbędny, ta kara powiedzmy nawet dla dziecka kilkunastoletniego: to nie wyjdziesz, czy nie obejrzysz telewizji za karę bo zrobiłeś to czy to, - to jest absolutnie niezbędne. Natomiast śmiertelne dla wychowania dzieci jest przeciwieństwo tego, czyli to co tutaj pan mówił, ja to nazywam leseferyzmem, "laisser faire", cały ten liberalizm to co nazywamy "róbta co chceta". No nie może być róbta co chceta, bo jak wprowadzamy model róbta co chceta, to jest kubeł na głowie nauczyciela.

W. M.: Bo widzę, że Pana od razu ręka świerzbi.

W. Ł.: No, ale kiedy myślę o tym liberalnym, "spockowskim" sposobie wychowania, to krew mnie zalewa.

W. M.: Spockowskim? Czyli mówimy o sławnym doktorze Spock`u.

W. Ł.: O sławnym doktorze Spock`u, który właściwie dokonał rewolucji i ...

W. M.: Ale namieszał nieźle.

W. Ł.: No negatywnej rewolucji, praktycznie złamał tę gigantyczną tradycję, trwającą tyle wieków, wychowania w pewnej dyscyplinie, w pewnych rygorach...

W. M.: On pozwolił na wszystko.

W. Ł.: Tak, to cała seria podręczników, których zawartość, najkrócej mówiąc, wulgaryzując, sprowadza się do jednego zdania: niczego nie wolno dziecku zakazywać, niczego! To automatycznie skutkowało swoistym tyraństwem dzieci wobec rodziców, i właśnie tym leseferyzmem. Wolno wszystko, hulaj duszo.

W. M.: Ale proszę mi powiedzieć dlaczego rodzice tak łatwo się zgodzili z taką metodą?

W. Ł.: Bo chcieli być postępowi, nowocześni, bo inni rodzice to przyjmowali, etc., etc. No, Zachód cały czas stara się być postępowy. Dla mnie to słowo "postępowy" już dzisiaj brzmi jako "lewicowy".

W. M.: Co najmniej.

W. Ł.: To jest coś takiego.

I w tym szalonym pędzie postępu, jesteśmy jak walec, który rozjeżdża wszelkie tradycyjne normy. Właśnie to elementarne rozróżnianie czarnego od białego, dobrego od złego.

W. M.: Ale Pan się nie dał Panie Waldemarze, tej demagogii.

W. Ł.: Nie dałem się.

W. M.: I Pan powiedział dość.

W. Ł.: Nie dałem się i nie bałem się użyć tego klapsa wtedy kiedy to już była absolutna konieczność, klapsa który jest tak znienawidzony, przez postępowców. I oni szermują tym klapsem, wsadzając go w niesłychanie demagogiczny, no ohydny wręcz argument, że to jest katowanie dzieci.

W. M.: A teraz tak: kupować dużo dzieciom zabawek, czy kupować jedną a piękną i mądrą, zamieniać te uczucia które przecież no każdy normalny człowiek - nie mówimy o patologii - ma do takiego maleństwa, i chce mu pokazać, że to jest jeden, jedyne nasze dziecko i chcemy mu dać i to i to. Dawać tak?

W. Ł.: Panie Wojciechu, troszkę to pytanie, niech Pan się nie pogniewa...

W. M.: Jest głupie.

W. Ł.: Nie, nie jest głupie, ale trąci mi to pytanie o które święta są ważniejsze, o wyższość świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy.

W. M.: Wie Pan dlaczego pytam, bo znam i takich rodziców i takich, którzy kupują strasznie dużo a inni właśnie próbują mądrze wybierać zabawkę, mądrą, klocki z napisami tam a, b, c, d i żeby się dzieci umiały potem ...ten. I znowu gdzieś tam, przygotowując się do tego programu, naczytałem się, że jak jest tego tak dużo to, to jest też jakieś oszustwo, no i tak próbuję dociec...

W. Ł.: Przede wszystkim to za dużo to jest absurd, ponieważ jeżeli tych zabawek jest za dużo, za często są kupowane, to jest rzeczą oczywistą, że każda kolejna przestaje być specjalną atrakcją, albo jest atrakcją na 5 minut. Ja kupowałem dużo zabawek dzieciom, ale nie za dużo, tak żeby ta zabawka co pewien czas kupiona była naprawdę wspaniałym prezentem, atrakcją etc. Natomiast nigdy nie kupowałem zabawki, i nie bardzo mi się podoba ta metoda kija i marchewki, o której też dzisiaj była mowa, że jak coś dobrego zrobiłeś to zabawkę. Nie jestem do końca co do tego przekonany.

W. M.: Pan ufa swoim dzieciom?

W. Ł.: Ja nie musze ufać swoim dzieciom, bo moje dzieci są już dorosłe, mają własne..

W. M.: Ale pytam o moment kiedy szły pierwszy raz do dyskoteki i mówiły wrócę o 10-tej i spóźniły się. Spóźniały się?

W. Ł.: Zdarzało się wie Pan, tu musimy rozróżnić pewna rzecz, to  nie można do jednego worka wrzucać na przykład dziewczynki, moja córka, znaczy dziecko moje średnie...

W. M.: Nie, nie chcemy wrzucać, to pytamy o dziewczynkę.

W. Ł.: Dla mnie ta dziewczynka czternastoletnia a siedemnastoletnia to jest już zasadnicza różnica, o ile w przypadku czternastoletniej to ja jeszcze powinienem być tym żandarmem nocnym, nazwijmy, "night watch", to w przypadku siedemnastoletniej dzisiaj, to już to się nie sprawdzi.

W. M.: Jeszcze wracam namolnie, jak pijany płota się uczepiłem, Pan rozumiem na tyle jest spokojny o siebie, że Pan to powiedział, jak ma córka na imię?

W. Ł.: Ania.

W. M.: Aniu, to jest to, a to jest złe. Jak pójdziesz tam w maliny to stanie się dużo złego, więc ona rozumiem, jak dzisiaj wychodzi ona do dyskoteki, to Pan spokojnie śpi. No wie Pan, że ona tyle wie, żeby tam panie jakoś nie nabroiła.

W. Ł.: Dzisiaj to jest dwudziestokilkuletnia panna, która ma własne mieszkanie i żyje osobno, więc jak wychodzi do dyskoteki to ja nawet nie wiem o tym, bo ja żyje gdzie indziej, w domu rodzinnym.

W. M.: No ale rozumiem, że Pan nauczył swoje dzieci takich właśnie...

W. Ł.: Nauczyłem, to znaczy stosowałem nie chcę użyć słowa "twardą", no po prostu konsekwentną dyscyplinę.

W. M.: A czemu Pan się boi tego powiedzieć? Moim zdaniem trzeba mówić, że trzeba było czegoś wymagać. Bo ja właśnie jestem też tej teorii.

W. Ł.: Dobrze, i ma Pan rację, tylko ja jeszcze byłem w dość szczęśliwym pokoleniu, dzisiaj gorzej by mi się.. to znaczy dzisiaj gdybym wychowywał moje dzieci, teraz gdyby one miały.. nie dałbym rady tak dobrze.

W. M.: Skąd Pan wie?

W. Ł.: Bo byłbym bezradny.

W. M.: Ale czemu Pan tak mówi?

W. Ł.: Dlatego, że dzisiaj żadna dyscyplina, żaden konserwatyzm w wychowaniu dzieci, żadne stosowanie się do tradycji, tej dobrej tradycji, już nie może skutkować.

W. M.: Ale to smutne co Pan mówi teraz.

W. Ł.: Wiem, że smutne, dlatego ja..

W. M.: Ale przecież my musimy jakoś chować te nasze dzieci.

W. Ł.: Ja błogosławię los że wychowałem dzieci kilkanaście lat temu, kiedy nie było tej zarazy która przyszła z zachodu. Proszę Pana, i znowu sprowadzając rzecz do najkrótszych określeń: jak można, zadaję to pytanie Panu, Państwu, wszystkim, telewidzom którzy będą oglądać, jak można dzisiaj dobrze wychować dziecko, ucząc je, dając najlepsze wzory, będąc najczulszym ojcem czy matką, jeżeli żaden klucz, żadna kłódka nie zabezpieczy dziecka przed kliknięciem w klawisz pilota czy czegoś, i znowu chce to delikatnie powiedzieć, na ekranie ukazuje się "hardcore", no jakieś ostre porno, i to dziecko ma 6, 8, 12 lat. Jak można, co mam zrobić? Więc powiadam, dziękuję Bogu, że dzisiaj nie muszę wychowywać 10-cio letnich, 12-sto letnich dzieci.

W. M.: Ale wie Pan, że Pan teraz mówi rzecz okropną, bo to znaczy że będziemy hodować tylko potwory?

W. Ł.: Bo to jest tak zwany, kolokwialnie mówiąc kanał. Cywilizacja, cywilizacja zachodnia, cywilizacja, którą nazwaliśmy kiedyś chrześcijańską weszła w kanał pewien. Kanał internetowy, telewizyjny jak to nazwiemy, tak nazwiemy.

W. M.: Ale to co będziemy hodować tylko potwory już teraz, od dzisiaj?

W. Ł.: Nie wiem, ja widzę to bardzo pesymistycznie. A efekty tego oglądamy codziennie, na ulicach, w telewizji, w dyskotekach, wszędzie, ten kubeł na głowie, to wszystko, to są skutki.

W. M.: Ale są też jakieś miłe dzieci i ładne na świecie, czy nie?

W. Ł.: Wszystkie dzieci są miłe, i wszystkie dzieci są ładne.

W. M.: Ale, dowiedziałem się, że od dzisiaj nie uda nam się wychować dzieci, to chyba...

W. Ł.: Może złagodźmy to, jest o wiele trudniej. Skala trudności podskoczyła niewyobrażalnie w ciągu kilkunastu lat. Wie Pan to jest trochę śmieszne bo jestem na przykład znanym antykomunistą, a w jakimś sensie mógłbym błogosławić ten bolszewicki totalitaryzm, bo wtedy...

W. M.: Emilian Kamiński przed chwilą próbował nam tu wmówić że było lepiej.

W. Ł.: Bo właśnie rozmawialiśmy sobie na boku z nim, i o tym mu też powiedziałem, rozmawialiśmy na ten temat. Za tego totalitaryzmu bolszewickiego, raz że nie było jeszcze tak rozszalałej telewizji, internetu i tak dalej, ale był pewien rygor, była pewna dyscyplina, był pewien bat, i to szczerze mówiąc, nie wiem czy to bardziej kłaść na czasy czy na system, ale to...

W. M.: Skutkowało.

W. Ł.: To... no nie było aż tak tragicznie jak jest w tej chwili. Wie Pan w tej chwili, to może jest też kwestia biologii, organicznego dojrzewania szybszego, ale nie tylko, nie było raczej mowy żeby 14-sto letnie panienki że tak powiem uprawiały to co uprawiają tak od pstryknięcia palcem. A dzisiaj to jest od pstryknięcia palcem.

W. M.: Proszę Państwa, Pan Waldemar Łysiak, ja bym sobie nie darował mając Pana tutaj jako gościa, żebym Pana nie spytał, co - już abstrahując od tego o czym mówimy - co u Pana słychać jako u sławnego pisarza. Co pan porabia?

W. Ł.: Może u pisarza tylko, lepiej brzmi. Po prostu w tej chwili oddaję kliszę nowej książki do drukarni, nazywa się ta książka "Empireum", w listopadzie będzie na rynku, i już mi się marzy, ponieważ to już kliszę oddaję, marzy mi się powieść którą będę pisał, będzie się działa w czasach rzymskich i będzie się nazywała "Ostatni legion", ale będzie..., nie będzie jakąś przygodówą typu Gladiatora, najkrócej, zresztą pierwszy raz to mówię, zdradzam na skutek Pana pytania, zdradzam to publicznie, będzie to troszkę taki wyimaginowany świat rzymski, koniec imperium rzymskiego, wali się Rzym, Rzym jest oblężony przez barbarzyńców, wszystko się już zawaliło, nie ma legionów, nie ma nic, nie ma obrony, jest mit, pogłoska, że gdzieś w Hiszpanii, za Pirenejami, ostał się jeszcze jeden legion, ostatni legion, czyli ostatni niemal symbol tego cudownego "Pax Romana", tego Rzymu, i grupa straceńców chce się przebić do tego, nazwijmy to raju, tej ostatniej wyspy. Czyli chcę z tego zrobić jakby taką dużą metaforę, drogi, odysei, eneidy, drogi do tego wymarzonego szczęścia, ostatni legion. Tak to ma być.

W. M.: Życzymy oczywiście szczęścia, a ja bardzo, bardzo serdecznie Panu dziękuję, był Pan moim bardzo ciekawym gościem.

W. Ł.: Dziękuję bardzo.

 

 

 




Copyright (c) 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone