"Dziennik Zachodni” nr 298 z 23 grudnia 2003 r. (s. 20)

"HOŁD DLA KOLEKCJONERÓW"

Sebastian Reńca – Właśnie ukazała się Pana najnowsza książka „Empireum”, której pełny tytuł brzmi: „Patriotyczne Empireum Bibliofilstwa czyli przewodnik po terenach łowieckich Bibliofilandii tudzież sąsiednich mocarstw”. Co oznacza tutaj przymiotnik „PATRIOTYCZNE”?

Waldemar Łysiak – To samo co w słowniku. Chodzi o tradycyjny patriotyzm, ten na modłę naszych przodków, czyli o miłość Ojczyzny. W „Empireum” uzasadniam tezę, że bibliofilstwo jest swoistym bastionem takiego właśnie, niemodnego dzisiaj patriotyzmu ortodoksyjnego, który dla ludzi źle rozumiejących ideę postępu, ludzi wyznających tak zwaną „polityczną poprawność”, stanowi przede wszystkim przejaw zacofania lub wręcz szowinizmu. Zbieranie drukowanych reliktów tradycji narodowej to dokumentowanie i kultywowanie owej tradycji, a tworzenie bogatych księgozbiorów to wznoszenie domowych kaplic patriotycznej pamięci.

S.R. – Co miał Pan na myśli, pisząc w tytule o „sąsiednich mocarstwach Bibliofilandii”?

W.Ł. – Inne rodzaje kolekcjonerstwa, choćby numizmatykę i filokartystykę, bądź zbieractwo ceramiki lub militariów – czemu również poświęcam trochę miejsca w „Empireum”.

S.R. – Bibliofilstwo to bardzo kosztowna pasja. Co by Pan radził osobom, które nie mają zbyt wiele pieniędzy, a kochają stare książki i pragną mieć coś naprawdę wartościowego?

W.Ł. – Duże pieniądze oczywiście ułatwiają wiele, choćby pozwalają zakupić rzadki starodruk lub cenną grafikę, lecz wcale nie są nieodzownym warunkiem uprawiania prawdziwego bibliofilstwa. Na przykład kolekcjonowanie druczków ulotnych, różnych wydawniczych osobliwości, bądź pierwodrukowych tomików poezji sprzed stu lat, wymaga niewielkich zasobów finansowych, a rodzi zbiory bardzo smaczne.
Ważniejsze od pieniędzy są pasja i znawstwo. Pełno jest dzisiaj nowobogackich „biznesmenów”, którzy dla nobilitowania swych rezydencji płacą bez trudu ogromne sumy za starodruki, nie mając w istocie pojęcia o estetycznej tudzież intelektualnej wartości nabywanych woluminów, co jest pseudobibliofilstwem prostacko pretendującym do miana prawdziwego kolekcjonerstwa. Same pieniądze to zbyt mało, by zyskać miano bibliofila autentycznego.

S.R. – A od czego zaczynał bibliofil Łysiak?

W.Ł. – Od zbierania książek tyczących doby napoleońskiej, bo już jako smarkacz wyznawałem kult Napoleona, czyli bonapartyzm. Później rzuciłem się na głębsze wody, kolekcjonując dzieła starodrukowe, dawną grafikę et cetera.

S.R. – Perłą Pańskich zbiorów jest, jak wiadomo, jedyny istniejący egzemplarz pierwodruku „Trenów” Kochanowskiego z 1580 roku. Czy ostatnio pozyskał Pan coś równie cennego?

W.Ł. – Zdobywanie rzeczy równie unikatowych i równie ważnych dla kultury polskiej przydarza się bardzo rzadko. Trzy najważniejsze skarby zdobyte przeze mnie po roku 2000 to:
- jedyny istniejący komplet dziesięciotomowego, ręcznie kolorowanego herbarza Niesieckiego w edycji Bobrowicza z pierwszej połowy XVI wieku,
- cudowny mszał krakowski z początków XVI wieku, oraz
- tak zwany „Statut Łaskiego” z 1506 roku, zawierający pierwodruk „Bogurodzicy”.

Pokazuję te trzy pyszności w „Empireum”.

S.R. – A nad czym Pan teraz pracuje jako pisarz?

W.Ł. – Zaczynam powieść pod tytułem „Ostatni legion”. Rzecz będzie się działa w drugiej połowie V wieku, w momencie ostatecznego upadku Cesarstwa Rzymskiego.

S.R. – Co Pana skłoniło do pisania powieści o tamtych akurat czasach?

W.Ł. – Każde czasy są dobre, by wokół nich snuć fabułę literacką, gdyż epoka, a nawet sama fabuła, mają, moim zdaniem, drugorzędne znaczenie dla jakości literatury. Rolę pierwszorzędną gra forma przekazu, czyli to co potocznie nazywamy stylem lub manierą artystyczną. Upadek wielowiekowej struktury imperialnej może być literacko równie ciekawy jak klęska jednej rodziny lub krach czyjegoś wieloletniego marzenia, byle zostało to pięknie i frapująco ujęte piórem. Manet słusznie twierdził, iż „dobrze namalowana głowa kapusty jest lepsza, niż źle namalowana głowa Madonny”.

S.R. – Jak Pan ocenia kondycję polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku?

W.Ł. – Na dwójkę z plusem. Różne salonowo-środowiskowe nagrody, przydzielane samym swoim przez samych swoich, tudzież sfory salonowych recenzentów niezdarnie udających krytyków, corocznie promują „po uważaniu” kolejne „arcydzieła”, lecz od tej wzajemnej adoracji beztalenci i szafarzy statuetek jakość literatury nie rośnie. Nadmuchać można plastikowy balon, a nie poziom artystyczny.

S.R. – A polskie kino lub malarstwo?

W.Ł. – Z malarstwem jest jeszcze gorzej niż z literaturą; tacy artyści jak Nowosielski to tylko chlubne wyjątki potwierdzające żenującą regułę. Dzisiejsze kino polskie to kompletna degrengolada, istny „szkolny teatr”, któremu daleko do arcydzieł klasy „Pożegnań”, „Pociągu” czy „Popiołu i diamentu”.

S.R. – Na koniec zapytam Pana, czy ma pan jakieś miłe wspomnienia związane ze Śląskiem?

W.Ł. – Pewnie! Będąc świeżo upieczonym absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej prowadziłem prace badawcze, archeologiczno-konserwatorskie, na zamku w Ogrodzieńcu. Na Śląsku oglądałem swego czasu mecze legendarnego Górnika Zabrze. No i uważam, że Ślązaczki to najcieplejsze dziewczyny między Tatrami a wybrzeżem Bałtyku. Pozdrowienia dla Czytelników waszej gazety.

Specjalne podziękowania dla Grzecha za spisanie rozmowy.




Copyright (c) 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone