Łysiak od Kolebki do Kielicha – przekrój twórczości

 

          Waldemar Łysiak debiutował w roku 1974 i od tamtego czasu zdążył zdobyć sobie dwa oddane grona; wielbicieli i ... wrogów – jak to zwykle w przypadku ciekawszych postaci bywa. Dzięki tym pierwszym, choć ostatnio (tu miejsce na słownik wyrazów brzydkich) coraz droższe, z półek znikają szybciej, niż śnieg w kwietniu. Wszystko to bez pompy i szumu, jaki towarzyszy dziełom, że tak napiszę – konkurencji. Niektórzy czują w tym jakąś magię. Zapraszamy więc na przyspieszony kurs magii słownej.

            Na początek pewna waga. Oczekujących fachowych wywodów i aplikacji teorii literatury zmuszeni jesteśmy odesłać na uniwersytety. Choć żaden z nich nie słynie z wyjątkowego czasu reakcji, to jednak prace naukowe na temat twórczości naszego bohatera zdążyły już powstać. Niniejszy esej do nich nie należy, ale ma to również swoją pozytywną stronę. Pewni bowiem jesteśmy, że oskarżenie o „przeteoretyzowanie” czy zbytnią „hermetyczność stylu” nam nie grozi.

W tym miejscu przestańmy już jednak biadolić nad własną indolencją i przejdźmy do konkretów, jak mawiał zdobywca 18%.

            Twórczość Łysiaka można podzielić na kilka sposobów. My pozwoliliśmy sobie wyróżnić przede wszystkim powieści, publicystykę i specyficzne zbiory esejów, roboczo zwane „łysiakami”. Ostatnia kategoria brzmi chyba najciekawiej i trochę prowokująca, toteż omówiona zostanie na końcu, abyś Czytelniku, prawem supermarketu, przebrnął po drodze przez dwie pozostałe.





Copyright © 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone